To była przedostatnia kolejka meczy w sezonie 2017/18. Czarni w sobotę 09.06.2018 pojechali na mecz do Victorii Rychliki na godzinę 16.00. Granie w sobotę nigdy nie pasowało Czarnym, ale tym razem był koszmar. Trudno powiedzieć jaki był powód nieobecności kilku zawodników, w każdym razie małdycianie kompletowali skład do ostatniej minuty. Zabrakło kilku podstawowych graczy, a młodzież wybrała tego dnia granie w siatkówkę. Jak to mawiał w serialu „Dom” Pan Popiołek : „Koniec świata” ( nie odżałowany aktor Wacław Kowalski odtwarzający również postać Pawlaka w komediach Sylwestra Chęcińskiego). Żeby junior mając możliwość zagrania meczu w seniorach wybierał siatkówkę, to się w głowie nie mieści. Niestety postawa kilku seniorów, też pozostawia wiele do życzenia. Wiadomo, że Czarnym nic nie grozi, ale żeby z tego powodu po prostu bez słowa nie przyjechać na mecz, to chyba lekka przesada. To w ogóle ciekawa kwestia w sposobie myślenia zawodników. Jak nie przyjadę to inni zagrają. Problem polega na tym, że ci inni czekając na możliwość zagrania szybko się zniechęcają i kółko się zamyka. Jeżeli zdejmiesz z boiska podstawowego gracza, bo trzeba dać pograć rezerwowym, to ma żal, bo dlaczego on itp. A potem gdy nie ma chęci, czy czasu oczekuje, że zastąpi go rezerwowy, tylko jego nie ma, bo po co ma jechać na mecz skoro zagra tylko parę minut. Błędne koło. To tyle w sprawie kompletowania składu. Wracając do meczu. Trochę spóźnieni z powyższych powodów Czarni dotarli do Rychlik na trzydzieści minut przed meczem. Boisko w Rychlikach od lat takie samo. Lekko z górki w kierunku dalszej bramki, ale za to pojawiły się na boisku nowe ławki rezerwowych podobne do naszych. W zasadniczy sposób poprawiło to wygląd obiektu i komfort graczy. Pojawiła się też przy środkowej linii boiska trybunka na -40 miejsc. Czarni wyszli w jedynym możliwym ustawieniu. W bramce: Zalewski. W obronie: M Niezdropa, Porowski, Pawlik, Klonowski. W pomocy: Pożegowiak, Bakunowicz, Oleszczuk, Brzeziński. W napadzie: Czerniak i D. Niezdropa. Kto śledzi poczynania Czarnych wie, że jeżeli na boisku w tym sezonie pojawia się Pożegowiak to znaczy, że szału nie ma. W rezerwie pozostał Pan Jurek Kozyra nasz klubowy kierowca od niepamiętnych czasów. Miał kto pilnować rzeczy pozostawionych na ławce. Mecz w sumie nie zaczął się źle bo małdycianie już w pierwszych minutach stworzyli pierwsze zagrożenie pod bramką Victorii. Nie ma co mówić w sumie nie było źle, ale szału nie było. Nie było grania piłeczką. Była raczej typowa A-klasowa kopanina, przerywana od czasu do czasu kilkoma podaniami, po których Czarni dochodzili do sytuacji strzeleckich, lub tworzyli zagrożenie, niestety tylko potencjalne. Po jednej z akcji gospodarzy piłkę na aut bramkowy wybił obrońca Małdyt i sędzia podyktował rzut rożny. Zawodnik Rychlik wrzucił piłkę z pod lewej chorągiewki na długi słupek bramki Czarnych gdzie z odległości 10 metrów, nie niepokojony przez nikogo obrońca Rychlik, oddał strzał głową i zdobył bramkę. Od 10 minuty Czarni przegrywali 1:0. W sumie nikt za bardzo się nie przejął. Wszyscy raczej zastanawiali się jak wyrównać wynik spotkania. Walka trwała przez całą połowę. Niestety widać było, że nie wszystko tego dnia gra. Przydarzały się kiksy, nieprzemyślane zagrania lub proste straty. Mimo to małdycianie jakoś sobie radzili i od czasu do czasu dochodzili do sytuacji bramkowych. Czerniak kilka razy po rozegraniu piłki w środku pola dostawał piłki na strzał. Oleszczuk też miał szanse. Niestety bramka wisiała czasem na włosku, ale nie chciała się urwać. Czasem mówi się że brakuje szczęścia. Tym razem brakowało go często. Niestety nic to nie zmieniło i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:0. W przerwie trwała ożywiona rozmowa na ławce Czarnych i próba poprawienia gry słowami. Niestety od tłumaczenia jeszcze nikomu nie przybyło umiejętności kopania piłki. Jak to powiedział w „Kilerze” Siara do Wąskiego gdy ten mówił o niedociągnięciach: „A gdzie są dociągnięcia?” W każdym razie po zmianie stron gra Czarnych nie uległa zmianie. Mniej, więcej było tak samo i to z nie wiarygodną powtarzalnością. W 8-mej minucie drugiej połowy, znowu piłka powędrował na aut bramkowy, tyle że rożny tym razem wybijany był z pod prawej chorągiewki, ale znowu trafił na głowę tego samego obrońcy Rychlik w polu karnym małdycian. Ten niestety kolejny raz trafił do bramki Czarnych. No i w 53 minucie było 2:0 dla Victorii. W tym momencie stało się jasne że Czarni tego dnia walczą już tylko o honor. Obraz gry nie uległ zmianie, małdycianie mieli swoje akcje i strzały na bramkę. Oleszczuk próbował swojego szczęścia z wolnego, ale piłka minęła spojenie słupka z poprzeczką o centymetry. Wydawało się z przebiegu gry, że Czarni w końcu strzelą kontaktowego gola, niestety jakoś znowu brakowało szczęścia. Jak już piłka siadła dobrze na bucie to ktoś zablokował strzał, lub zabrakło kilu centymetrów aby sięgnąć piłkę. W sumie wychodziło na to, że wynik dotrwa do końca meczu. Niestety przytrafił się Czarnym w obronie kolejny błąd w obronie. Piłka zagrana w kierunku linii końcowej boiska. Napastnik Rychlik i nasz obrońca poza światłem bramki. Piłka skacząca pod nogami to jednemu to drugiemu. Wszyscy odpuścili w obronie bo wyglądało, że nic z tego nie będzie. A jednak zawodnik dośrodkował piłkę mimo asysty naszego obrońcy. Piłkę przechodzącą przed bramką odprowadził oczami nasz brakarz. Akcję, mimo małych szans powodzenia, zamknął zawodnik Victorii i zdobył trzecią bramkę dla Rychlik. Od 84 minuty wynik brzmiał 3:0. Do końca meczu już nic się nie zmieniło. Sędzia zakończył mecz w trzeciej minucie doliczonego czasu. Tu drobna uwaga do sędziego liniowego. Od początku Pan asystent, z krótkim kucykiem spiętym gumką był jakiś taki śpiący. Przechadzał się przy linii bocznej z chorągiewką mając problem ze wskazaniem, kto powinien wrzucać piłkę z autu. Apogeum nieporadności pokazał w drugiej połowie puszczając dwa spalone w jednej akcji, po których Victora strzeliła bramkę. Na szczęście na wysokości zadania stanął arbiter główny i po konsultacji on wskazał pozycję spaloną zawodnika, który strzelił bramkę. Okazało się że to był jego piąty mecz w roli sędziego. Po meczu tłumaczył się złym samopoczuciem. Spuśćmy na to kurtynę milczenia, bo to raczej pozycja nie do obrony, a kopać leżącego szkoda. Jak widać z opisu nie był to mecz warty większej uwagi, ale z kronikarskiego obowiązku i dla tych kilku czytelników należało zamieścić relację na stronie.
